piątek, 23 czerwca 2017

O walce ze sobą

Znakomita część życia upłynęła mi na walce ze sobą. Z nienawiścią, bo nie byłam taka, jaka chciałam być. Czyli właściwie jaka?

Szczupła? Lubiana? Wyjeżdżająca na wakacje za granicę? Posiadająca drogie ubrania? Kupująca w Chantilly pucharek lodowy za dwie dychy?

---

Tyle czasu musiało minąć, żebym zrozumiała, że ja taka być nie muszę. Że nie muszę wieść życia takiego jak inni. Bo to moje też jest dobre!

Ile lat żyłam w nienawiści do ciała, na którym pozostał ślad choroby! Czy z powodu luźnej skóry na brzuchu mam czuć się gorsza? No właśnie nie!

Nigdy w życiu nie podejrzewałabym siebie, że zaprzyjaźnię się ze sportem. Jak Ludwiczek Anderson miałam wrodzoną niechęć do sportu :D

A teraz ćwiczenia pomagają mi się zrelaksować. Uwielbiam to uczucie, gdy po treningu nogi mi pulsują. I tyle mi się chce!

Tak się cieszę, że nawiązałam przyjaźń ze sobą. Że zaakceptowałam taki stan rzeczy i żyje mi się lżej.

Ubolewam natomiast nad tym, że media lansują wizerunek kobiet, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kobiety porównują się i wpędzają w złe samopoczucie. Wynajdują w sobie wady i przestają się skupiać na tym, co mają. Nie eksponują tego, co piękne, a patrzą na siebie przez filtr tego, co "brzydkie".

I tak sobie myślę, że w tej kwestii najważniejszy jest szacunek do siebie. Inna droga prowadzi donikąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz