niedziela, 12 listopada 2017

Tak może być?

Kiedy wracam pamięcią do czasów liceum, przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz.

Czułam się wtedy bardzo osamotniona. Nie potrafiłam żyć beztrosko jak moi rówieśnicy. Bardzo martwiłam się chorobą Babci, a nasze życie było podporządkowane opieką nad Nią. A Babcia od zawsze była dla mnie bardzo ważna. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakie będzie życie bez Niej.

Ponadto, czułam się bardzo skrępowana z powodu mojego wyglądu. Ciężko było mi zaakceptować siebie. Pamiętam te przerwy w szkole, gdy siedziałam sama pod salą i nie miałam się do kogo odezwać.

W życiu nie spodziewałabym się, że ten stan się odmieni.

Teraz potrafię cieszyć się prostymi czynnościami. Żyję. Nie uciekam tak w myśli i wyobrażenia. Nie przypisuję innym oczekiwań, a przyjmuję ich takich, jakimi są.

Jestem szczęśliwa na myśl o tym, w jakim położeniu się znajduję.

:)

Sam Smith - "Midnight Train"

piątek, 6 października 2017

Jesień sresień

Ostatni tydzień sierpnia spędziliśmy w Niemczech. Każdego dnia cieszyliśmy się słońcem. Sukienki, krótkie spodenki i sandały były kluczowymi elementami mojego ubioru w tamtym czasie. Ale w życiu bym się nie spodziewała, że wtedy założę je po raz ostatni!

Zaraz po powrocie do Polski bardzo się ochłodziło. Zaczęłam też bardziej odczuwać, że dni kurczą się, a zmrok zapada znacznie wcześniej. Doszło do tego, że rano nie miałam siły wstać, a po powrocie z pracy musiałam się zdrzemnąć - inaczej nie byłam w stanie funkcjonować. W końcu, by zainaugurować sezon, rozchorowałam się. Na szczęście w ciągu tygodnia wyzdrowiałam.

Wczoraj poszłam na pierwszy jesienny spacer po Krakowie. I muszę przyznać, że najbardziej sprzyjająca aura do spacerów jest właśnie teraz! Jest bardzo nastrojowo. Po powrocie - ogrzewanie się kocykiem i herbatą z imbirem, oglądanie seriali...

I tak sobie myślę, że ta jesień wcale nie jest taka zła. Trzeba przetrwać czas adaptacji związany z nagłym końcem lata i mniejsza ilością słońca.

Atmosfera wokół popycha mnie do tworzenia. Piszę właśnie artykuł i przygotowuję się do prowadzenia zajęć. Mam wiele pomysłów.

Zakręciłam się na punkcie malowania akwarelami. Farby mam, dobry papier również kupiłam. Chcę powrócić do poranków ze sztuką. Miały one miejsce na pierwszym roku studiów. Uzdolniona artystycznie współlokatorka w sobotnie poranki rozkładała cały majdan i malowała, a ja przygotowywałam jajecznicę i kakao. Sama też coś tworzyłam. Słuchałyśmy muzyki, był klimat!

Z biegiem czasu w pracy mam coraz więcej obowiązków, z czego bardzo się cieszę. Wyzwaniem jest teraz zmobilizowanie się, by po chorobie powrócić do regularnych ćwiczeń, bardzo mi tego brakuje. Jestem również w trakcie ograniczania czasu, jaki spędzam w odmętach internetu. Oglądanie vlogów jest spoko gdy samemu się wtedy gotuje, sprząta, wiesza pranie. Ale szkoda normalnego czasu na to. Nie zrezygnuję z tego całkowicie, bo jest to dla mnie źródło inspiracji. Czuję się lepiej, gdy nie zaśmiecam swojej głowy nadmiarem informacji.

Mam nadzieję, że październik będzie dla mnie bardzo produktywnym miesiącem. Prawdziwa Ewka nadchodzi! :D



środa, 16 sierpnia 2017

O poszukiwaniu siebie

Ostatni weekend był powrotem do korzeni. Podążaniem ścieżkami z dzieciństwa. Spotkaniem z Tymi, którzy towarzyszyli tamtym chwilom.

Poczułam radość z płynięcia z chwilą. Do przeżywania sytuacji bez oceniania. Do chłonięcia tego, co się dzieje. Do radości z tego, że możemy się zobaczyć. Że możemy cieszyć się burzą i deszczem stukającym w dach. Pakowaniem i przepakowywaniem walizki. Przyswajaniem karmelowych babeczek, które stało się już małą świecką tradycją.

I w takich chwilach okazuje się, że nic więcej nam nie potrzeba. Że od tylu lat się rozumiemy dobrze, pomimo, że nie łączą nas więzy krwi.

Gdy ktoś zapyta mnie o moje dzieciństwo, przed oczami staje mi dom Babci i Kuzynka. Że bawimy się na balkonie w słoneczny dzień, czekamy aż woda w miednicy się nagrzeje i będziemy mogły się popluskać. Że towarzyszy nam "mur" z różnorodnych kwiatów. Że obok drzewko brzoskwiniowe kołysze się na wietrze, a na stoliku kanapki z żółtym serem zamieniają się w tosty pod wpływem słońca. Że Babcia gotuje obiad: zupę jarzynową z ryżem i kotlety z kurczaka z ziemniakami i surówką z kapusty. Że gotuje kompot z truskawek i agrestu, do którego później wrzucałyśmy listki mięty z przydomowej plantacji.

Teraz to wszystko nadal jest takie samo, tylko Babci już nie ma.

Ale jest Kuzynka, z którą nadal dzielimy miłość do piękna przyrody. Do ciszy, do picia herbaty przy nie zmienionym kuchennym stole. Do tworzenia nowych dań. Jest tego o wiele więcej.

Będąc tam nadal, jak w dzieciństwie, nie odczuwam upływu czasu. Potrafię spędzić tam 5 godzin, a wydają mi się one chwilą.

Kocham to uczucie, gdy czas leniwie płynie. Że nie spieszę się, a za to cieszymy się sobą.

I mam taką refleksję: że trzeba być dla siebie dobrym i myśleć o sobie dobrze. Wtedy i my, i inni dobrze czujemy się w naszym towarzystwie. Bo do dobrego samopoczucia nie jest niezbędna obecność innych osób. Wręcz radość z przebywania z samym sobą jest w życiu kluczowa i od niej wszystko się zaczyna.

A kiedyś tak nie było! Był taki czas w moim życiu, kiedy nie mogłam na siebie patrzeć. Teraz widzę, że nie mogę walczyć z przeszłością. Bo ona minęła. Na moim ciele pozostała luźna skóra. Ale od dwóch miesięcy regularnie ćwiczę i widzę różnicę. W takcie godziny, gdy ćwiczę, mogę pobyć ze sobą i wsłuchać się w siebie. Nie tłumić tego głosu. Poczuć siłę moich mięśni.

Czuję, że to wszystko idzie w lepszą stronę i rośnie we mnie siła.

Bardzo się cieszę, że tak wiele zmieniło się na lepsze.

:)


Tutaj: widok na rzekę Rabę z mostu wiszącego. Tam jest cudownie!

środa, 19 lipca 2017

O Warszawie

Pierwszy raz przyjechałam do Warszawy w wakacje po pierwszym roku studiów. To była moja pierwsza tak długa podróż w pojedynkę.

Od tamtej pory chętnie wracam do Stolicy.

Zawsze uderza mnie ogrom przestrzeni w centrum. Lubię przechadzać się wśród budynków MDM.

Tym razem odwiedziłam Muzeum Neonów. I po tej wizycie stwierdzam, że Warszawa ma świra na punkcie neonów :D


Później, przechadzając się po mieście, ciągle zwracałam na nie uwagę.

Poniosło mnie także do Hali Koszyki. Cieszę się, że przyszłam tam w porze, gdy nie jest tłoczno. Podobały mi się bardzo industrialne lampy oraz samo wejście wyłożone kafelkami.

Cieszę się także, że skorzystałam z przejażdżki zabytkowym tramwajem, a także nową nitką metra.

Miałam także okazję podziwiać teren Uniwersytetu Warszawskiego oraz ogrodu na dachu biblioteki. Obserwowanie zachodu słońca stamtąd było wspaniałym doświadczeniem.

Spacerowałam także po Starym Mieście. Niestety przez tłum turystów poczułam się przytłoczona.

Odwiedziłam także Muzeum Marii Skłodowskiej - Curie. Miałam okazję zobaczyć jej własnoręczne notatki i obliczenia. Odkąd tylko usłyszałam o Niej w szkole, bardzo zaciekawiła mnie Jej historia. Jest dla mnie autorytetem i wzorem naukowca, jakim chciałabym się stać.

Podczas tego dość krótkiego wyjazdu praktycznie przez cały czas czułam stan Hygge. Myśli nie dręczyły mnie, a mogłam czerpać garściami z otoczenia. Poznałam nowe smaki, między innymi zupę pho.

Z pewnością Warszawa jest zbyt duża, abym miała w niej kiedyś zamieszkać. Jednak lubię tu wracać, aby odnaleźć harmonię i oderwać się od codziennych obowiązków.

:)

piątek, 23 czerwca 2017

O walce ze sobą

Znakomita część życia upłynęła mi na walce ze sobą. Z nienawiścią, bo nie byłam taka, jaka chciałam być. Czyli właściwie jaka?

Szczupła? Lubiana? Wyjeżdżająca na wakacje za granicę? Posiadająca drogie ubrania? Kupująca w Chantilly pucharek lodowy za dwie dychy?

---

Tyle czasu musiało minąć, żebym zrozumiała, że ja taka być nie muszę. Że nie muszę wieść życia takiego jak inni. Bo to moje też jest dobre!

Ile lat żyłam w nienawiści do ciała, na którym pozostał ślad choroby! Czy z powodu luźnej skóry na brzuchu mam czuć się gorsza? No właśnie nie!

Nigdy w życiu nie podejrzewałabym siebie, że zaprzyjaźnię się ze sportem. Jak Ludwiczek Anderson miałam wrodzoną niechęć do sportu :D

A teraz ćwiczenia pomagają mi się zrelaksować. Uwielbiam to uczucie, gdy po treningu nogi mi pulsują. I tyle mi się chce!

Tak się cieszę, że nawiązałam przyjaźń ze sobą. Że zaakceptowałam taki stan rzeczy i żyje mi się lżej.

Ubolewam natomiast nad tym, że media lansują wizerunek kobiet, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kobiety porównują się i wpędzają w złe samopoczucie. Wynajdują w sobie wady i przestają się skupiać na tym, co mają. Nie eksponują tego, co piękne, a patrzą na siebie przez filtr tego, co "brzydkie".

I tak sobie myślę, że w tej kwestii najważniejszy jest szacunek do siebie. Inna droga prowadzi donikąd.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Kilka refleksji o życiu

Otula mnie cisza. W tle wyrasta ciasto na drożdżowe rogale.

--

Od jakiegoś czasu spokój umysłu staje się luksusem. Pędzimy wplątani w coraz to nowe obowiązki. Niby mieszkamy razem, a tak na prawdę żyjemy obok siebie. Po ośmiogodzinnej pracy człowiek pada na ryj. I myśli nad rozwiązaniem problemów tam istniejących. Ja często zabieram pracę do domu. Nocą lub wczesnym rankiem mam najwięcej natchnienia do analizowania pomiarów.

Ciągle gdzieś w tle pobrzmiewa ta myśl, że coś jest do zrobienia.

--

Pamiętam dobrze momenty z dzieciństwa. Kiedy Tata wracał z pracy i miał siłę bawić się z nami, zabierać na spacery i plac zabaw, kupował nam chrupki orzechowe. Zawsze mieliśmy okazję porozmawiać, zawsze był na to czas.

A teraz?

Pędzimy. Dni uciekają jak szalone. Nawet nie wiem kiedy, jak bym straciła nad nim kontrolę!

Tylko, czy ta pogoń jest coś warta?

Próbuję się w tym pędzie odnaleźć, ale nie jest to zbyt proste. Często dopada mnie samotność. Samotność, chociaż mam dookoła tylu dobrych ludzi.

I chyba najlepszym co można teraz zrobić, to skupić się na tym, co dobre.

:)

środa, 17 maja 2017

O akceptacji

Ostatnie miesiące były petardą. Działo się bardzo dużo i to w krótkim czasie.

Odkryłam wtedy w sobie nową supermoc. Akceptację.

Zmiany otoczenia, pracy, poszukiwanie mieszkania i przeprowadzka są jednymi z najbardziej stresujących momentów w życiu. I właśnie wtedy okazało się, że wcale nie trzeba się spinać i snuć katastroficznych scenariuszy. Nie trzeba budować lęku i napięcia. A można zaakceptować to, co się dzieje, i że wszystko samo popłynie w dobrą stronę, a moją rolą jest tylko wychodzenie temu na przeciw.

Dowiedzieliśmy się o sobie wielu pozytywnych rzeczy. Że nawet biegając z przeładowanymi torbami z czwartego piętra kilka razy i dysząc jak parowóz można się śmiać. I że nic nam nie jest straszne.

Uczestniczyłam ostatnio w kursie doskonalenia dydaktycznego. Piątkowe wieczory okazały się być wielką niespodzianką! Właśnie wtedy czułam radość z bycia tu i teraz.

Radość z przebywania z innymi zaczyna się od akceptacji. Dzięki temu czujemy się bezpiecznie. Teraz widzę, dlaczego z tak chętnie wracam do Domu.

Te odkrycia ostatnie pozwoliły mi bardziej cieszyć się tym, co mi się przydarza. Nawet kupowaniem kurczaka na obiad, czy czekaniem kilka godzin w kolejce u lekarza.



:)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

2016

To był rok przełomowych zdarzeń.

Zdarzeń, o których wiedziałam, że kiedyś będą miały miejsce i były wielką zagadką. Czaiły się w mej podświadomości.

Zdarzenia te kosztowały mnie wiele siły, by nie poddać się mimo przeciwnościom losu.

I choć momentami byłam już wykończona, to teraz jestem silniejsza.

Dostrzegłam, że wiele radości daje dostrzeganie w innych oraz w sytuacjach, w którym przyszło nam brać udział, ich najlepszych stron/aspektów.

Dopiero teraz zaczęłam żyć.

Cieszę się tym wszystkim, co jest moim udziałem.

I w 2017 roku tą dobrą siłę będę pomnażać. :)

wtorek, 3 stycznia 2017

Christmas Time

To były bardzo piękne i pełne radości Święta. Poprzedzone wielkimi przygotowaniami, wywróceniem domu do góry nogami oraz pichceniem w kuchni tak pachnących dań, że nie można było skupić się na sprzątaniu.

Był to czas licznych spotkań z bliskimi mi, nam Osobami. Był czas śmiechu, oglądania gdzieś tak z milion razy filmu Dirty Dancing.

Były noce przegadane i przetańcowane.

Były wyjazdy miłe i śpiewanie w samochodzie.

I mnóstwo uśmiechów.

I po raz kolejny jest mi tak cholernie smutno. Że ten najmilszy świąteczny czas się kończy. Że trzeba wrócić.

niedziela, 27 listopada 2016

Adwent

Dziś rozpoczyna się najbardziej wyczekiwany przeze mnie czas w roku - Adwent.

Od zawsze bardzo się cieszyłam chodząc na roraty. Z lampionem wchodziłam do Kościoła, w którym panował mrok. Uwielbiam ten klimat.

Nadal lubię przychodzić do mojej rodzinnej parafii na roraty dla dzieci.

Wtedy rzeczywiście byłam w stanie dobrze przygotować się do Świąt.


Dziś wracam z sentymentem do tego miłego czasu dzieciństwa. I chcę, aby tegoroczny Adwent był impulsem do dobrych zmian. Do tego, by przezwyciężyć jesienną deprechę i niemoc, które ostatnio mnie dopadły.


W piątek na Uczelni odbyło się rozdanie dyplomów. Już nie zobaczyliśmy się w komplecie. Każdy ma swoje życie, wielu wylądowało w najróżniejszych miejscach Polski. Teraz, mieszkając na Miasteczku, czuję się osamotniona. Bo nie mijam już znanych twarzy. Czas studiów minął bezpowrotnie.
To, że spotkaliśmy się chociaż w małym gronie, bardzo mnie ucieszyło.

Mam pewien plan, jak ulepszyć moją rzeczywistość.

Mam nadzieję, że mi się uda :)

Ps. Uwielbiam tą piosenkę!

czwartek, 27 października 2016

Nowy poziom szczęścia

24 października. 24 lata. Dałam się pokroić.

---

Tego dnia spełniło się moje największe marzenie - związane z tym, że w końcu będę mogła oddychać i mówić wyraźnie. Poddałam się operacji nosa i zatok.

Szczerze mówiąc, przed samą operacją byłam przerażona. Miałam pietra jak stąd do Bydgoszczy! Fakt, że warunki znieczulenia w tego typu operacji wiążą się z dużym ryzykiem (bardzo obniżone ciśnienie pacjenta) tylko podsycał lęk.

Na szczęście operacja przebiegła sprawnie. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy jeszcze na bloku operacyjnym byłam wybudzana i otworzyłam oczy. Moje pierwsze słowa: "to już?" :D Śmiechom załogi nie było końca.

Przez ten cały dzień leżałam pod wszelkiego rodzaju kroplówkami i dogorewałam po narkozie z opatrunkiem na nosie, który upodabniał mnie co najmniej do nosorożca lub Pinokia.

Sukces tego całego przedsięwzięcia składa się z układu tak wielu sprzyjających czynników, że to aż nieprawdopodobne! Na przykład to, że rozchorowałam się na 2 tygodnie przed operacją. I wyzdrowiałam bez antybiotyku. Gdyby stało się inaczej, nie zostałabym dopuszczona do operacji.

Najbardziej cieszy mnie, że oprócz kolosalnej poprawy warunków zdrowotnych zyskałam wspaniałe znajomości! Poznałam Kobiety, które w życiu niejedno przeszły, a przy tym patrzą na świat z optymizmem i humorem. Potrafią cieszyć się z tego, co jest i żyć chwilą. I pomimo wielu powodów wcale nie użalają się nad sobą.

Pierwszy raz w życiu pobyt w szpitalu mi się nie dłużył. Wręcz było mi smutno, że to już koniec naszych nocnych opowieści sięgających nawet historii Zakopanego czy perypetii babci nurkującej wśród rafy koralowej (dla tej Pani na prawdę słowo "niemożliwe" nie istnieje!).

Jestem również pod wrażeniem opieki, jaką byłam obdarzona przez cały Personel.

Właśnie osiągnęłam w swoim życiu nowy poziom szczęścia.

:)

poniedziałek, 5 września 2016

W spirali oczekiwań

Ostatni rok był dla mnie bardzo dynamiczny. I nie zamierzam obniżać swoich lotów.

Wszystko to jednak wiąże się z oczekiwaniami stawianymi mojej osobie.

Dopiero pod koniec studiów zrozumiałam bardzo ważną rzecz - nie zostałam stworzona do tego, by realizować czyjeś oczekiwania.

Kiedyś poddawałam siebie nieustannej presji. Bycie najstarszą z rodzeństwa obligowało do bycia dobrym wzorem dla młodszych. W liceum panicznie bałam się wypaść źle. Ogarniał mnie tak wielki lęk, że bolał mnie brzuch i nie mogłam jeść. Tylko na lekcjach chemii byłam w swoim żywiole.

Nieustannie bałam się, że kogoś zawiodę.

Na studiach zdałam sobie sprawę, że tak nie da się żyć na dłuższą metę. Okazało się, że nawet jeśli czegoś nie uda się zaliczyć za pierwszym razem, nie świadczy to o tym, że jestem gorsza, głupsza, itp. Że oceny nie odzwierciedlają tego, jakim jestem człowiekiem.

Są i zawsze będą ludzie, którzy "doskonale wiedzą co jest nam do życia potrzebne". Stawiają niekończącą się listę oczekiwań. I im będę starsza, tym będą bardziej ingerować w to, kim jestem. Spełnianie każdego "życzenia" jest udręką, jak wyrzut sumienia.

To, co robię, będzie miało prawdziwą wartość jedynie wtedy, gdy będzie wypływało ze mnie. I tak było choćby z prawem jazdy. Nie zrobiłam tego, bo ktoś na mnie naciskał. Zawsze chciałam nauczyć się jeździć. Ograniczał mnie budżet, a zmuszanie mnie do tłumaczenia się na forum rodziny było żenujące i piekielnie irytujące.

Długą drogę musiałam przebyć, aby to sobie uświadomić. I żyje mi się lżej.


środa, 3 sierpnia 2016

Co mnie kręci cz. 1

Marzę okropnie o tym, by pojechać na koncert. Nawet wiem kogo :D Toma Odella lub Jamesa Bay'a. A najlepiej jednego i drugiego!

Odzywa się we mnie dzieciństwo. Choć o tym zapomniałam na trochę, to nadal największą przyjemność sprawia mi oglądanie teledysków.

Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, gdy wreszcie zainstalowano u nas telewizję kablową i wreszcie miałam dostęp do muzycznych kanałów. Najczęściej oglądanymi przeze mnie były MTV2 Pop (to chyba u nich po raz pierwszy zobaczyłam 30 Seconds to Mars) oraz Viva Plus. Później oferta operatora rozszerzyła się, a miano mojego ulubionego kanału uzyskało MTV Rocks (nadal tak jest).

Obecnie często odwiedzam stronę MTV Rocks, gdzie wyszukuję różne nowości. Albo szukam piosenki, której tytułu nie zdążyłam zapisać.

Wpadłam niedawno na szatański pomysł, aby dokończyć czytanie Sagi o Ludziach Lodu. Ostatnio czytałam ją jakieś 3 lata temu i zakończyłam na tomie 37. Gdy do niego wróciłam, wielu faktów nie pamiętałam lub mieszały się one z innymi. Zaczęłam więc czytać Sagę od samego początku. Choć wiem, że nie jest to bardzo ambitna lektura, mam do niej sentyment ze względu na opisy krajobrazów Norwegii.

Uwielbiam poranki, w które budzę się sama w ciszy. Kiedy słucham muzyki i piję herbatę.

Lubię, gdy wokół jest ład. Lubię piękno i minimalizm. To przekłada się na każdą sferę mojego życia.

czwartek, 28 lipca 2016

Uległa

Przychodzą mi do głowy ostatnio różne rzeczy.

[Stres związany z uzyskaniem biletu do spełnienia marzeń wreszcie ustępuje.]

Myślałam o tym, że byłam dotąd zbyt uległa. Żyłam (i nadal trochę tak jest) w lęku przed sygnalizowaniem otoczeniu mojego zdania. Nie chciałam, aby komuś było przykro, bałam się, co ten ktoś pomyśli. Nie wiem, skąd się to we mnie wzięło.

Zdałam sobie sprawę, że jest to droga donikąd. Że z liczbą takich sytuacji, w których zgodziłam się na coś, na co szczerze nie chciałam, pojawiała się we mnie frustracja i rosła, rosła, rosła... Przez to unieszczęśliwiłam siebie. W pewnym momencie do perfekcji opanowałam udawanie, że wszystko gra. Ale ile można tak żyć?

Podobnie sprawa ma się z wmawianiem sobie, że coś mi odpowiada. Oraz z rezygnacją z dotychczasowych zachowań pod wpływem przebywania w czyimś towarzystwie.

Bardzo ważne jest dla mnie zrozumienie w kwestiach fundamentalnych oraz szacunek do moich przekonań i decyzji. Nie znoszę być do czegoś zmuszana [klasyka gatunku "bo ktoś tak chce"].

Coraz mocniej czuję, na czym chcę budować przyszłość i jak chcę żyć.

I życzę sobie siły, by już więcej siebie nie zatracać.



Ta piosenka przyprawia mnie o drżenie serca :)

niedziela, 10 lipca 2016

Dobrze mieć marzenia

Pamiętam ten czas, gdy byłam jeszcze gimnazjalistką. Wtedy postrzegałam marzenia jako coś abstrakcyjnego, odległego, co nie ma szans zdarzyć się w prawdziwym życiu. Żyłam z głową w chmurach, codzienność była smutnym rozczarowaniem. Marzyłam wtedy, by pojechać na koncert 30 Seconds to Mars. Wydawało mi się to zupełnie nierealne. Bo niby w jaki sposób amerykański zespół mógłby przyjechać do Polski?

W wakacje przed maturą byłam na pierwszym koncercie Marsów w Polsce. Pamiętam dobrze to uczucie w brzuchu! Dzień po tym wydarzeniu ogarnęła mnie straszna pustka. Bo to, co było z pozoru niemożliwe, urzeczywistniło się.

Wczoraj jechałam pociągiem do Orzesza. I myślałam o tym, jak zmieniło się moje postrzeganie świata.

Zgubiłam lęk przed podróżą oraz poczucie, że wyśpię się tylko w swoim łóżku. Teraz czuję raczej dreszcz przygody. Największą przyjemność sprawia mi jazda pociągiem. A spełniające się marzenia nie pozostawiają po sobie pustki, tylko piękne wspomnienia. I dają siłę do tego, by działać dalej!

Jestem dumna z siebie, że pomimo tak ciężkiego ostatnio czasu, nie poddałam się. Uzyskałam tytuł Magistra Inżyniera i zrealizowałam swój wieloletni plan - od października rozpoczynam studia doktoranckie.

Na samą myśl o tym mam motyle w brzuchu! :)

Teraz nadszedł czas, by wreszcie odpocząć. By w spokoju napawać się ciszą i pięknem przyrody. I czytać książki, które tak długo musiały czekać na swoją kolej.


wtorek, 28 czerwca 2016

Bezlitośni

Są tacy ludzie, którzy mają gdzieś dobre maniery. W swym postępowaniu wyróżnia ich chamstwo. I bezwzględność.

Są też tacy, którzy swoimi problemami obciążają tak, że aż nie można się oderwać od ziemi.

Nadszedł dla mnie kolejny etap dorosłości. Bo wreszcie zdobyłam się na odwagę, by inni nie wchodzili mi na głowę (nieraz robią to nieświadomie).

Po tych pierwszych nie powinniśmy płakać. Nie warto.

A co z drugimi? Trzeba ich umiejętnie sprowadzić na ziemię. Pomóc i dać siłę, by ruszyli do przodu. Przekierować ich uwagę.

Żeby tylko ktoś tak się cackał ze mną...

Wiem już, że jeśli ja sama nie zatroszczę się o siebie, to nikt tego nie zrobi.

Dużo wody musiało upłynąć, bym odważyła się ŻYĆ.

piątek, 10 czerwca 2016

Pustka

Ostatni tydzień pełen był wydarzeń, które zawsze czaiły się w mojej świadomości, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek nadejdą.

Nie żyje nasza druga Babcia.

Choć minął tydzień, nadal to do mnie nie dociera.

Została po Niej pustka, której nie ma czym wypełnić.

Zbliżają się wakacje. Planowałam sobie, że będzie więcej czasu, aby pójść z Nią na spacer, odwiedzić.

Zawsze się cieszyła z odwiedzin, a ja byłam specjalistką od tych niespodziewanych.

A teraz już nikt nie czeka.

Nie będzie już herbaty z sokiem imbirowym, kieliszeczka nalewki, zupy jarzynowej z ryżem...

Pamiętam jak zaprowadzała mnie do zerówki i raz z wrażenia zapomniałam plecaka.

Wiele było takich chwil, gdy się śmiałyśmy.

I pomimo tego cierpienia, na które patrzyliśmy przez ostatnie miesiące, właśnie taką Ją zapamiętamy.

wtorek, 17 maja 2016

Young & beautiful

Jesteśmy na wylocie. I mimo wszystko nie mamy prawa wątpić. Wątpić w przyszłość. Ale droga do tego wniosku była długa.

Jestem na fali wysyłania swoich zgłoszeń w różne miejsca. Przybił mnie fakt, że straciłam ostatnie trzy miesiące: nie podjęłam stażu ze względu na operację. Przyznaję też, że poddałam się też obawom otoczenia.

Straciłam także zapał do pracy magisterskiej. Niepotrzebnie uległam sugestiom, że moje założenia są bezsensowne. Wychodzi na to, że jest wręcz przeciwnie! :)

Czuję już na plecach dreszcz spełniających się marzeń. I muszę znaleźć w sobie siłę, by mimo różnych zdarzeń, które prowadzą do zwątpienia, nie ulec im i przeć do przodu.




czwartek, 28 kwietnia 2016

Just relax!

W ostatnim czasie dotarłam do ściany. Chyba pierwszy raz w życiu miałam do czynienia z tak długim pasmem niepowodzeń i rozczarowań.

Punktem krytycznym było to, że operacja, na którą czekam od ponad roku została przesunięta na październik bez mojej wiedzy. Niepotrzebnie wykonałam kosztowne badania, bez których operacja ta nie mogłaby się odbyć. Byłam wściekła, gdy na trzy dni przed operacją zadzwoniłam do szpitala celem potwierdzenia operacji i zostałam uprzejmie powiadomiona, że termin uległ zmianie... Cóż, nie da się dyskutować. To nic, że mieli obowiązek mnie poinformować, ale niby zgubili mój numer telefonu (tak jakby nie można było wysłać listu).

Później miały miejsce jeszcze inne wypadki.

Zrobiłam w tej sytuacji najlepsze co mogłam - wykorzystałam ten czas dany mi "ekstra". Codziennie chodziłam do laboratorium pracować nad wiśniowym szkliwem. Przynajmniej tłukąc w moździerzu szklaną frytę mogłam wyładować złość i bezradność.

Miałam wczoraj sen, że moje próbki wypaliły się na zielono. Dziś okazało się, że dwie próbki wypaliły się na "kolor ze snu"!

Jutro dowiem się, co dalej z tym majdanem...

Już nie mogę się doczekać piątku. Jedziemy na Mazury. Marzę już, by odciąć się od spraw, które zaprzątają mój umysł. By cieszyć się naturą. Ciszą. Czuć wiatr we włosach i napełniać płuca czystym powietrzem.

Prawo Murphy'ego okazuje się być prawdziwe. Gdy wszystko się układa, aż boję się uczucia oszołomienia ze szczęścia. A tym bardziej, że z każdym takim zdarzeniem będzie tak wspaniale, że to chyba nieprawdopodobne. Narkotyczny stan.

Mam nadzieję, że od dziś to wszystko zacznie się prostować.


niedziela, 17 kwietnia 2016

Tom Odell (i inne zauroczenia)

Moja fascynacja muzyką Toma Odell'a trwa w najlepsze. W ostatnim czasie ukazał się jego nowy album 'Wrong Crowd'. Jak dotąd miałam styczność z dwoma utworami z tej płyty. I jestem zachwycona!

U wielu wykonawców zauważyłam tendencję do zmiany gatunku i eksperymentów z muzyką. Tom, podobnie jak 30 Seconds to Mars, zmierza w stronę elektroniki.

Moja pierwsza reakcja na taką zmianę była fatalna. Czułam się zawiedziona. Teraz myślę, że po prostu musiałam do tego dorosnąć. Ta muzyka nie jest tak mroczna, a kiedyś właśnie takiej potrzebowałam. Gdyby nie wspomniana ewolucja, wszystkie nowe utwory byłyby tylko zmodyfikowanymi utworami już istniejącymi.

Ta piosenka rządzi!




Kolejnym powodem do radości jest fakt, iż Monika Brodka wydała nową płytę. Co prawda słyszałam tylko utwór 'Horses', ale na jego podstawie myślę, że album zapowiada się świetnie.




Bez reszty pochłonął mnie w ostatnim tygodniu serial 'Narcos'. Jego akcja jest związana z historią Pablo Escobara, jednego z kolumbijskich narkobaronów, którego aktywność przypadała na lata 80. Podobają mi się realizacja, dobór aktorów oraz muzyka, którą uwielbiam. Każdy odcinek tak mnie wciągał, że nie czułam upływu czasu. Czekam z niecierpliwością na premierę drugiego sezonu! :)